środa, 5 listopada 2014

Sposób na dynię...

Halloween za nami, ale sezon dyniowy dalej trwa. Z tej okazji zrobiliśmy strudel z dyniowo-serowym farszem. Zamiast słodyczy, było ostro... i przepysznie :)



Strudel dyniowo-serowy

Składniki:
1 kg pieczonej dyni piżmowej
500 g sera białego
2 pieczone cebule
6 pieczonych ząbków czosnku
2 ząbki czosnku
3 jaja
100 g sera  żółtego
pieprz, sól, gałka muszkatołowa
ciasto:
250 g mąki pszennej
1 jajo
10 kropli octu
125 ml wody
1 łyżka oleju lnianego
szczypta soli
70 g masła

Przygotowanie:
Wcześniej upieczoną dynię (nasz - pokrojona w plastry, posolona i doprawiona czosnkiem, chilli i ziołami, lekko skropiona oliwą - piekła się przez ok. 30 minut w temperaturze 200 stopni) obierz ze skórki i wymieszaj z serem białym. Dodaj pokrojoną pieczona cebulę, czosnek (świeży i pieczony) i jajka. Ser żółty zetrzyj na dużych oczkach i również dodaj do masy. Dopraw wszystko solą, pieprzem i gałką. 
Ciasto przygotuj tak samo jak w naszym przepisie na szpanakopitę

Kiedy ciasto będzie odpoczywać rozpuść masło. Ciasto lekko rozwałkuj na płótnie oprószonym mąką, a następnie rozciągnij tak, by można było przez nie zobaczyć płótno, jednocześnie utrzymując prostokątny kształt. Następnie ciasto posmaruj lekko przestudzonym, rozpuszczonym masłem i nałóż farsz na jeden z krótszych brzegów. Za pomocą płótna zwiń ciasto w roladę, przełóż je na lekko posmarowaną tłuszczem blachę. Ważne, żeby łączenie znalazło się pod spodem. Następnie zawiń brzegi, zawijając je pod strudel. Ciasto piecz w temperaturze  220 stopni przez około 40 minut. Strudel powinien być złoty i chrupiący. 

Strudel idealny tak na ciepło, jak i na zimno. 

niedziela, 2 listopada 2014

Powitalne babeczki

Zmieniło się pracę... a jak nowi współpracownicy wymagającymi są to trzeba ich powitać. Ja uczyniłam powyższe chlebem wg Hamelmana, koleżanka Jola moimi cytrynowymi babeczkami z ganache.


Cytrynowe babeczki z ganache
Składniki:
65 g masła
1 jajko
170 g mąki tortowej
100 ml mleka
ok. 50 g cukru
1 cukier waniliowy
6 g proszku do pieczenia
skórka starta z połowy cytryny
2 łyżki soku z cytryny
150 g gorzkiej czekolady
200 g śmietany kremówki (36%)

Przygotowanie:
Włącz piekarnik i nagrzej go do 180 stopni. Foremkę do muffin wysmaruj pędzlem  oliwą i wyłóż papilotami. Masło ubij mikserem (powinno być puszyste). Wbij jajo, dodaj cukier waniliowy i ciągle ubijając dosypuj powoli cukier. Do masy dodaj mleko, skórkę i sok z cytryny. Mąkę przesiej i wymieszaj ją z proszkiem do pieczenia. Tak przygotowaną mąkę wmieszaj łyżkę - delikatnie i stopniowo - do gotowej masy jajeczno-maślanej. Ciasto przełóż do foremek - wypełniając je do 3/4 wysokości i piecz w piekarniku przez około 25 minut.

Kiedy babeczki się zarumienią wyjmij je z piekarnika i od razu przenieś z foremki na kratkę i wystudź.

W tym czasie przygotuj ganche. 100 g śmietany i połamaną czekoladę umieść w rondelku. Podgrzewaj wszystko na gazie, aż cała czekolada się rozpuści i masa będzie jednolita. Ważne, żeby nic się nie przypaliło, a śmietana nie zagotowała się. Jeśli nie czujecie się pewnie w kwestii rondla na gazie, czekoladę w śmietanie rozpuśćcie w kąpieli wodnej. Masie dajcie wystygnąć. Ubijcie pozostałe 100 g śmietany,  a następnie ubijcie masę śmietanowo-czekoladową na puszystą masę. Pod koniec, ciągle ubijając dodawajcie stopniowo pozostała  ubitą śmietanę.


Ostudzone babeczki udekorujcie ganache za pomocą rękawa cukierniczego. Dla ozdoby możecie dodać srebrne lub złote cukierki. 

poniedziałek, 27 października 2014

Ostatnie grzybowy podrygi.


Sezon grzybowy w prawdzie już za nami, ale mnie został jeszcze jeden smakowity sposób przerabiania grzybów. Była pasta z opieniek, które świetnie sprawdza się na kanapkach, czy dodatek do mięsa. Teraz czas na coś bardziej wykwintnego. A mianowicie na pastę z borowików. Popełniłam ją głownie z myślą o makaronach, czy wykorzystam do czegoś innego to się okaże. Pasta, inspirowana przepisem z kulinarnego dodatku do Gazety Wyborczej, powstała w dwóch wersjach - czystej, bardziej szlachetnej i bogatszej w smaku, do której wykorzystałam borowiki ceglastopore. 



Pasta z prawdziwków w stanie czystym
Składniki:
200 g oczyszczonych borowików
150 ml oliwy extra vergine
sól i biały pieprz do smaku

Przygotowanie:
Oczyszczone grzyby pokrój w plastry. Ok. 3-4 łyżek oliwy rozgrzej na patelni. Dodaj grzyby i od razu je posól, żeby szybko puściły soki. Smaż do momentu ich odparowania - prawdziwki mogą się lekko zarumienić, zrobi to dobrze smakowi. Przestudź lekko borowiki, i zmiksuj je dodając resztę oliwy (zostawiając około 2 -3 łyżek) oraz doprawiając solą i pieprzem do smaku. Pastę przełóż do wyparzonego słoiczka, wierzch zalej pozostałą oliwą - żeby przykryć pastę. Pasteryzuj przez około 10-15 minut. 

Pasta z borowików ceglastoporych
Składniki:
300 g oczyszczonych grzybów
75 ml oliwy
2 ząbki czosnku
sól, biały pieprz i tymianek do smaku

Przygotowanie:
Procedura jest taka sama jak w przypadku pasty w stanie czystym. Jedynymi różnicami jest dodanie do smażących się borowików czosnku oraz doprawienie pasty sporą szczyptą tymianku. Wszystko dlatego, że borowiki ceglastopore są mniej aromatyczne niż szlachetne prawdziwki - stad tez bardziej podkręcony smak i aromat. 

wtorek, 14 października 2014

Konfitura królewska - wersja II


Za oknem leje i kolorowe liście lecą z drzew. Jesień pełną gębą... I choć grzyby są już na wymarciu, bo w lesie ich jak na lekarstwo, to gruszek i jabłek na straganach nie brak. Dlatego dziś konfitura królewska w drugiej odsłonie. Dalej posiłkuję się "Kuchnią Polską" Ewy Aszkiewicz, dalej konfitury są gęste, słodkie, choć mniej bogate niż te, w wersji pierwszej z węgierkami i mnóstwem bakalii.


Konfitura królewska

Składniki:
6 szt. jabłek (ok. 1 kg)
6 szt. gruszek (ok. 1 kg)
1,5 kg cukru
150 g rodzynek
150 g żurawiny suszonej
2 plastry cytryny ze skórą
sok z 1/2 cytryny
1/4 szkl. wody

Przygotowanie:
Obierz jabłka i gruszki, pokrój w średniej wielkości kawałki i skrop sokiem z cytryny, żeby nie pociemniały. Do garnka wlej wodę, wsyp cukier i dodaj plastry cytryny. Gotuj na małym ogniu do momentu, w którym cały cukier się rozpuści  i powstanie syrop. Do garnka dodaj owoce i smaż przez 10-15 minut. Garnek przykryj ściereczką i odstaw najlepiej na 24 godziny.  Na drugi dzień sparz rodzynki i żurawinę. Dodaj je do konfitur u smaż do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji - lekkiego skarmelizowania się cukru. Ważne!!! Konfitury trzeba bardzo często mieszać - niepilnowane lubią się przypalić )co tez sierota tofka w tym roku uczyniła - na szczęście konfitury dało się jeszcze ocalić, w przeciwieństwie do garnka).

sobota, 11 października 2014

Z serii smaki dziciństwa - Kakauszale

Zapewne każdy ma jakieś wspomnienia kulinarne związane z dzieciństwem. Może to być smak, zapach, konsystencja, kolor czy co tylko jesteśmy w stanie zapamiętać. Dla mnie takim smakiem i zapachem niezaprzeczalnie jest smak i zapach tajemniczego napoju o nazwie kakauszale. Nie wiem jak w innych rejonach Polski, ale u nas na Górnym Śląsku tak się zwą łuski kakaowe. Najbardziej ten smak i zapach kojarzy mi się z wizytami u babci, która w garnku miała ciemnobure, wygotowane łuski, czekające na odgrzanie, dodanie cukru i mleka. Zapach ten kojarzę też z niedzielnymi śniadaniami. I to wspomnienia z czasów, gdy rynku nie zalały wszelkie neskłiki i inne para-kakaowe wynalazki, a prawdziwe kakao było w cenie niezbyt przystępnej, a i z samą dostępnością (chyba) różnie bywało. A dlaczego przypomniałem sobie o kakauszale? Ktoś zgadnie? Nikt nie wie? W zawiązku z moją ostatnio główną pasją - piwowarstwem, wertowałem strony z przepisami na wszelkiej maści piwne wynalazki i natrafiłem na RISa z dodatkiem łuski. To była szybka piłka - przy kolejnej wizycie w hajmacie zanabyłem dwie paczki w celu konsumpcyjno-przerobowym.

Dziś przedstawię wam przepis na kubek tego niezwykle aromatycznego napoju, znakomitego na chłodne jesienne poranki i popołudnia.

Kakauszale
Składniki:

- kakałszale (łuska kakaowa) - duża garść na kubek
- cukier i  mleko do smaku.

Przygotowanie:

Łuskę wrzucamy do gorczka (garnka), zalewamy wodą, tak by cała była zakryta (początkowo wypływa), doprowadzamy do wrzenia i na małym ogniu gotujemy ok. 10 minut. Następnie przelewamy przez sitko do szolki (kubka), do ok 3/4 wysokości, uzupełniamy najlepiej gorkim (ciepłym) mlykiem, dodej se cukru wiela chcesz. Pić rychło, puki gorkie!.

Smacznego!

I na deser coś do posłuchania:


czwartek, 2 października 2014

Krokiety z serem i borowikami

Pisałam już wcześniej, że grzyby rosną wyszędzie. I, że sezon w pełni. I, że zbieramy i takie tam inne dyrdymały. Była tez opieńkowa pasta. Teraz czas na coś bardziej szlachetnego, choć tez i bez przesady. Na grzybobraniu nie ograniczamy się do prawdziwków i podgrzybków - trochę inszych rzeczy też udaje nam się przywieźć. Wśród tego dobra ostatnio znalazła się całkiem spora grupka borowików ceglastoporych. I one miast do barszczu trafiły w ser... a później w krokiety.


Krokiety z serem i borowikami 
Składniki:
8 naleśników
200 g sera białego
120 g bryndzy
400 g borowików
1 cebula
1 łyżka masła
3 ząbki czosnku
sól, biały pieprz, tymianek do smaku
tarta bułka i jajko
olej

Przygotowanie:
Zanim zacznę w sumie powinnam wyjaśnić te 8 naleśników. Bez przepisu na te, bo mistrzem naleśników w domu jest Kamil i może przepis kiedyś poda - choć uparcie twierdzi, że on to tak na oko i na konsystencje. Naleśniki w przepisie są więc jak najbardziej domowe, ale ja do nich łap nie przykładałam (znaczy przykładałam, ale dopiero do gotowców).

Po krótkim wstępie zaczynamy... Grzyby oczyść, w razie potrzeby umyj i pokrój na dość grube plastry. Cebule obierz, pokrój w kostkę. Masło rozgrzej na patelni i wrzuć na nie cebulę (posól lekko - cebula ma wtedy mniejsze skłonności do przypalania się). Smaż przez chwilę, do momentu, w którym cebula się zeszkli. Dorzuć grzyby i duś, aż grzybowe soki odparują. Zestaw z gazu i zapomnij o nich na chwilę, żeby lekko przestygły. Sery wymieszaj dokładnie, dopraw i na koniec dodaj uduszone grzyby. Nafaszeruj placki - najlepiej nakładaj około 2 łyżek stołowych farszu i zawiń. Na patelni rozgrzej dobrze olej. Obtocz krokiety w roztrzepanym jajku i tartej bułce i obsmaż na złoto. 



My zajadaliśmy krokiety z sosem grzybowym, który przygotowałam z:

Prosty sos grzybowy:
Składniki:
200 g prawdziwków
100 - 150 g śmietany 12 %
sól, pieprz i tymianek do smak

Przygotowanie:
Grzyby wyczyść, pokrój w grube plastry. Wrzuć je na rozgrzaną patelnie teflonową i lekko posól, by szybko puściły soki. Odparuj wodę, dodaj śmietanę i dopraw solą i pieprzem oraz tymiankiem do smaku. 

ps. Mój krokiet wygląda jak ryba, ale wierzcie mi na słowo, że to naleśnik z grzybami... no jak bum cyk, cyk!

środa, 24 września 2014

Pasta z opieniek


Sezon grzybowy w pełni. I nie mam na myśli tylko boczniaków w piwnicy, ale grzyby rosnące w ... wyszędzie...  w lesie (w tym przypadku zawsze przychodzi mi na myśl "Kuchnia pełna niespodzianek"). Z racji, że grzyby rosną wyszędzie, to dwie ostatnie wyprawy do lasu skończyły się całkiem bogatymi zbiorami. Mamy więc grzybki marynowane, zamrożone i mamy też pasty. Te ostatnie poznaliśmy w zeszłym roku na małym rodzinnym posiedzeniu u Ciotuli mojej. Pasta jest bombowa i co ciekawe można ją zrobić w wersji nie tylko opieńkowej... ale o tym kiedyś.

Pasta z opieniek
 
Składniki:

1 kg obgotowanych opieniek
3 duże cebule
5 łyżek octu jabłkowego
5 łyżek octu balsamicznego
3-4 łyżki cukru trzcinowego
3-4 łyżki słodkiej papryki
300 g koncentratu pomidorowego
0,5 szklanki oliwy
papryczka chilli
sól, pieprz do smaku
kilka ziaren ziela angielskiego i kilka liści laurowych

Przygotowanie:
Opieńki oczyść, obierz i w razie potrzeby opłucz (mogą być całe grzyby, jak i same nóżki). Obgotuj grzyby przez kilka minut w osolonym wrzątku. Opieńki lekko przestudź i zmiel w maszynce na średnim sicie. Cebulę obierz i pokrój w kostkę. Chilli posiekaj - z pestkami lub bez, wszystko zależy od Twojej tolerancji pikanterii. Na dużej patelni rozgrzej oliwę z wytłoczyn, wrzuć cebulę, chilli, ziele angielskie i liście laurowe. Smaż aż cebula się zeszkli. Dodaj grzyby i koncentrat pomidorowy - pilnuj zawartości patelni, bo od tej chwili wszystko łatwo przypalić. Pastę dopraw octem, cukrem, papryką, solą i pieprzem. Kiedy składniki się połączą i uzyskasz słodko, kwaśno ostry smak - pasta jest gotowa. Grzyby przełóż do czystych słoików i spasteryzuj - czas zależny od wielkości słoika: 200 g - min. 10 minut, 500 g - min. 30 minut.


Pasta jet świetna nie tylko jako dodatek do mięs, ale równie dobrze smakuje na chlebie, grzance, czy zastępując sos na pizzy czy w spaghetti. Niby zwykłe grzyby, a tyle zastosowań.

Ps. Gdyby ktoś nie znał - to odsyłam.


sobota, 20 września 2014

Kukurydza z papryką z patelni


Lubię lato. A właściwie okres od późnej wiosny do wczesnej jesieni. I to nie tylko dlatego, że jest ciepło. To zatrzęsienie warzyw jest dla mnie czymś cudownym. Nie dość, że chudo, zdrowo, to na dodatek smacznie, sezonowo i czasami da się wyczarować coś wyjątkowego w kilka chwil.  Czegóż chcieć więcej?
Ten rodzaj sałatki na ciepło z papryki i kukurydzy to dla mnie odkrycie tego sezonu. Pikantna i pyszna jako dodatek do obiadu, grilla, zwykłej bułki czy solo. 


Kukurydza z papryką z patelni

Składniki:
2 kolby kukurydzy
1 cebula
1 duża papryka czerwona
1 łyżka oliwy
4 duże ząbki czosnku
papryczka chilli
sól, pieprz do smaku

Przygotowanie:
Kukurydzę ugotuj w osolonej wodzie - zajmie to góra 15 minut (chyba, że kukurydza stara i obeschnięta). W tym czasie obierz cebulę i pokrój ją w piórka. Paprykę umyj, pozbaw gniazd nasiennych i pokrój w paseczki. Na patelni ceramicznej lub teflonowej rozgrzej oliwę, wrzuć cebulę i paprykę i smaż do wyraźnego zrumienienia tychże. Kukurydze odlej, skrój kukurydzę z kolb i dodaj do dobrze zasmażonej cebuli i papryki. Dodaj posiekaną papryczkę (z nasionami lub bez - co kto lubi) i posiekany lub przeciśnięty przez praskę czosnek. Wymieszaj wszystko dokładnie, dopraw solą i pieprzem do smaku i pałaszuj na ciepło. 

środa, 17 września 2014

Wędzony ser biały w oliwie

Wiem, że jakiś przepis na ser miał się tu pokazać... i pewnie kiedyś to nastąpi. Niestety po dwóch udanych próbach kolejna okazała się znowu strzałem w płot. Żeby nie było wątpliwości - nie tyle, że ser się nie udał... on po prostu znowu nie wyszedł taki, jaki miał wyjść. Znaczy zamierzenia sobie, a ser sobie. Póki powtarzalności nie będzie, to i przepisów nie będzie. Ale powolutku. 

Tym razem zamiast bree wyszedł mi świetny ser krojony - czyli taki półtwardy. Pierwotnie chciałam go zapakować w wosk i odłożyć do leżakowania. Ale z racji, że wędziliśmy, to ser posiedział jakąś godzinę w solance, a później powisiał 3 godziny w wędzarniku w 40 stopniach. I wyszedł jako lekko oscypkowy, lekko fetowaty - całkiem ciekawy. Na tym jednak nie koniec, bo ser biały uwędzony też był, więc dla swojego eksperymentu wymyśliłam inne przeznaczenie, bardziej wyrafinowane i podkręcone... postanowiłam umieścić go w słoiku z oliwą... Od razu zaznaczę, że w taki sposób można przygotować zwykły biały ser lub fetę (ważne, żeby były twarde i zwarte), albo zwykły wędzony ser biały, który jest dostępny w sklepach.


 


Wędzony ser biały w oliwie

Składniki:
350-400 g sera wędzonego
1 papryczka chilli
4 ząbki czosnku
kilka oliwek
dwie gałązki świeżego rozmarynu
1 łyżeczka tymianku
1 łyżeczka oregano
ok 2 szklanek oliwy
sól
duży słoik





Przygotowanie:

Ser pokrój w sporą kostkę lub słupki. Oliwki wyjmij z zalewy i pokrój w cienkie plastry. Papryczkę pozbaw pestek i drobniutko posiekaj w słupki. Czosnek obierz i pokrój ząbki w cieniutkie plasterki. Wszystko układaj na zmianę w dużym słoiku - minimum 1,5 litrowym. Na samym dnie warstwa czosnku, oliwek i papryczki, następnie ser, gałązka rozmarynu, szczypta ziół i znowu czosnek, oliwki i papryka. I tak do wyczerpania składników. Jeśli ser nie jest słony (nie feta) warstwy należy również posolić - niewielka szczyptą, do smaku. Następnie wszystko zalej oliwą - powinna przykryć wszystkie składniki, około 2 szklanek powinno wystarczyć. Zamknij słoik i wstaw go do lodówki na kilka dni, żeby wszystko się przegryzło.


Ser to świetna zakąska, idealny dodatek do sałatek, nadaje się również doskonale na kanapki... a do tego podrasowana oliwa staje się idealną podstawą sosów. 

wtorek, 9 września 2014

Musztardowe bułki

Te bułki pierwotnie były paluchami. Znaczy były wg przepisu we wspomnianej już wcześniej książce Barbary Jakimowicz-Klein. Tylko po co mi paluchy? No niby do domowego piwa jak znalazł, ale małe, góra 45 g bułki będą równie chrupiące i na dokładkę będą też idealne na niedzielne śniadanie. To jednak nie jedyne zmiany... zamiast zwykłej białej mąki, moje mułki powstały z mieszanki mąki pszennej 550 i razowej, a zwykłą musztardę zastąpiłam musztardą francuską z całymi ziarnami gorczycy. Wyszło jak zwykle bombowo. 


Bułki z musztardą

Składniki:
250 g maki pszennej 550
250 g mąki pszennej razowej
20 g drożdży piekarskich
100 g musztardy francuskiej
200 ml ciepłej wody
1 łyżka miodu
1 łyżeczka soli
ciepłe mleko

Przygotowanie:

Obie mąki wymieszaj w misce. Zrób w niej zagłębienie. W ciepłej wodzie rozpuść miód i rozprowadź drożdże. Zaczyn drożdżowy wlej do zagłębienia w mące i odstaw na kilka minut w ciepłe miejsce, żeby drożdże miały czas ruszyć. Kiedy zaczyn zwiększy swoją objętość dodaj sól i musztardę i zacznij wyrabiać ciasto - powinno wystarczyć około 5 minut. Po tym czasie nakryj miskę bawełnianą ściereczką i dostaw ciasto do wyrośnięcia na około 1 godzinę - ciasto powinno podwoić swoją objętość. 


Nagrzej piekarnik do 200 stopni. Wyrośnięte ciasto lekko zarób i zacznij formować małe bułeczki - u mnie góra 55 g. Natnij je i ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Bułki posmaruj ciepłym mlekiem i odstaw na 20 do ponownego wyrośnięcia. Piecz przez około 20 - 25 minut, aż bułki wyraźnie się zarumienią. 

niedziela, 7 września 2014

Konfitura królewska - wersja I

Internet to skarbnica wiedzy - kulinarna też. Czasami jednak zaglądam w książki i wygrzebać coś co naprawdę do mnie przemawia. Tak właśnie jest w przypadku tych konfitur... diabelnie polskich i niewyobrażalnie smacznych. Ostrzegam jednak, że i kosmicznie kalorycznych i słodkich jak ulepek. Ale czasem trzeba pozwolić sobie na odrobinę luksusu, szczególnie zimą, kiedy za oknem trzaskający mróz, a my możemy zjeść rogala z takim cudem i zapić gorącym kakao. Zanim przepis - dodam jeszcze, że pochodzi on z książki "Kuchnia polski" Ewy Aszkiewicz i co ważniejsze, zmian w przepisie jest niewiele (choć jak zawsze są).


Konfitura królewska 

Składniki:
500 g obranych i pozbawionych gniazd nasiennych jabłek (około 6 dużych sztuk)
500 g obranych i pozbawionych gniazd nasiennych gruszek (około 6 dużych sztuk)
500 g obranych i pozbawionych pestek śliwek (około 600 g)
1,5 szklanki rodzynek bez pestek
0,75 szklanki rumu
1,5 kg cukru
2 plastry cytryny
0,25 szklanki wody
sok z połowy cytryny

Przygotowanie:

Jabłka i gruszki obierz ze skórki, pozbaw gniazd nasiennych i pokrój w nieduże kawałki. Ważne, żeby owoców po obraniu i wypestkowaniu było kilogram. Wsyp połowę cukru  do garnka, dodaj wodę, dwa plastry cytryny ze skórką, ale bez pestek i ugotuj syrop. Dodaj jabłka i gruszki. Gotuj wszystko mieszając przez około 10 minut. Zdejmij garnek z gazu. 

Śliwki wypestkuj i obierz ze skórek i pokrój w ćwiartki - tu też owoców powinno być pół kilograma. Zasyp owoce resztą cukru i odstaw na minimum 30 minut - śliwki powinny puścić sok. Rodzynki sparz wrzątkiem i zalej rumem - odstaw na kilka godzin, tak żeby owoce wypiły alkohol. 

Zagrzej ponownie owoce w syropie cukrowym i dodaj śliwki. Smaż konfitury przez jakieś 20 minut. Po tym czasie zdejmij z gazu i przykryj pokrywką lub bawełnianą ściereczką i odstaw na 24 godziny. Na drugi dzień dodaj rodzynki razem z rumem (swoją drogą takie rodzynki byłyby genialne w czekoladzie - zdecydowanie do zapamiętania) i smaż do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji - czyli do lekkiego skarmelizowania się cukru (smak karmelu jest lekko wyczuwalny) i prawie całkowitego rozpadu śliwek. Od razu zaznaczam, że konfitura jest lekko płynna, o zdecydowanie lżejszej konsystencji niż dżemy na pektynach.


Gorące konfitury przelej do wyparzonych słoików. Zakręć i odwróć do góry dnem - słoiki możesz odwrócić już po jakiejś godzinie. Te konfitury kosztują trochę pracy, ale i moim zdaniem są warte każdej minuty spędzonej w kuchni. 

ps: I owszem wersja I oznacza, że pojawi się i wersja II. A co :) póki sezon na jabłka, gruszki i śliwki - to trza korzystać. 

środa, 13 sierpnia 2014

Razowiec z tymiankiem i cheddarem

Chyba już gdzieś tu pisałem, że kiedyś dostałam od ciotki książkę o chlebach. Żadna rewelacja, bo tez to żaden Hamelman, ale jakieś źródło inspiracji to jest.  Pomijam fakt, że z przepisu z tej książki pierwszy raz od wielu chlebów wyszła mi totalna glina. Dlatego teraz się inspiruję tylko i wychodzi mi na dobre. I to na tak dobre, że chyba pobawię się w niemalże wszystko, a co! Żeby nie było - żadnej przyszłości w stylu Julie Powell sobie nie wróżę. I najważniejsze - chodzi o wydawnictwo Świata Książki pt. Chleb autorstwa Barbary Jakimowicz-Klein. A poniżej pierwszy z pierwszy przerobiony na moją modłę, nie drożdżowy, ale na zakwasie i ze zdecydowanie większa ilością tymianku, a do tego zamiast wody - serwatka.



Razowiec z tymiankiem i cheddarem

Składniki:
1 kg pszennej mąki razowej
300 g dojrzałego zakwasu o wysokiej hydracji (myślę, że ok. 70%)
550 g serwatki
ok 10 g drożdży piekarskich
1 łyzeczka soli kamiennej niejodowanej
2 łyżki miodu
2 łyżki oleju
2 łyżki startego cheddara
2 łyżki tymianku
mak do posypania chleba

Wykonanie: 

Do dużej miski wsyp mąką dodaj zakwas, lekko podgrzaną serwatkę, miód i wkrusz drożdże. Zarób ciasto i odstaw na chwilę (10-30 minut). Po tym czasie dodaj sól i wyrabiaj ciasto przez min. 5 minut. Na koniec dodaj olej i wrób tymianek i starty na drobnych oczkach tarki ser. Ciasto powinno być elastyczne i odchodzić od ręki. Przykryj miskę bawełnianą ścierką i ostaw chleb do wyrośnięcia  - w zależności od mocy zakwasu może być to 1 lub 4 godziny - ciasto powinno mniej więcej podwoić swoją objętość.

Wyrośnięte ciasto zarób lekko, podziel na 2-3 części i przełóż do wysmarowanych i obsypanych mąką korytek (ja lubię piec w keksówkach, ale myślę, że ciasto było na tyle zwarte, że i bochenek spokojnie dałoby się uformować) i obsyp bochenki obficie makiem. Blaszki znowu nakryj bawełnianą ścierką i odstaw do wyrośnięcia na około 30-60 minut. W tym czasie nagrzej piekarnik do 240 stopni. Kiedy chleb już wyrośnie włóż go do piekarnika i zmniejsz temperaturę do 210 stopni. Piecz przez około godzinę, przez ostatnie 10-15 minut bez foremek i w wyższej o 20 stopni temperaturze, aby chleb był bardziej rumiany i miał grubszą, chrupiącą skórkę.

Bochenki bardzo przyjemne w smaku z lekko wyczuwalnym aromatem ziół. Wilgotne i bez problemu wytrzymujące tydzień - czyli to, co lubię :)

ps. a w tle nowy pleśniowy :)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Pesto, pomidor i rukola, czyli pizza na letniaka



Zeszły weekend upłynął mi pod szyldem warzenia kolejnego sera. A właściwie dwóch z osobna. Zostało jak zawsze sporo serwatki, pojawił się więc i chleb, i drożdżówka,  niedzielna pizza...a do tego zupa ziemniaczana i kąpiel - wszystko z dodatkiem serwatki, której bardzo wylewać nie lubię. Niby odpad, ale jakoś mi szkoda. Stąd też tyle pomysłów na raz i weekend w kuchni. Po kolei jednak. Teraz to pizza będzie wiodła prym.

Letnia pizza z pietruszkowym pesto, pomidorami i rukolą

Składniki:
2 szkl. mąki pszennej pełnoziarnistej
1 szkl. mąki pszennej 550
10 g drożdży
1/2 łyżeczki brązowego cukru
3 ząbki czosnku
2 łyżki oleju
ok. 1 szkl. ciepłej serwatki (spokojnie można zastąpić wodą)
2 kulki mozzarelli
200-250 g rukoli
2 średnie pomidory
150 g pesto (w sumie dowolne - co kto pod ręką ma)
oregano


Przygotowanie:

Wsyp mąki do miski i wymieszaj je ze sobą. Zrób po środku dziurę i dodaj ciepłą serwatkę, cukier i pokruszone drożdże. Zaczyn wymieszaj delikatnie (postaraj się nie wmieszać za dużo mąki) i odstaw na kilka minut, żeby ruszył. Po tym czasie zagnieć ciasto, dodaj sól, posiekany lub przepuszczony przez preskę czosnek. Gdy ciasto będzie już gładkie wrób w nie 2 łyżki oleju. Następnie nakryj bawełnianą ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce do wyrośnięcia ce na minimum 1 godzinę - ja zostawiłam  4-5 godzin, ciasto zdążyło urosnąć i lekko opaść i w takiej wersji zdecydowanie pizza jest ciekawsza w smaku.


Kiedy ciasto wyrośnie, przełóż je na płaską dużą blachę, rozkładając równomierne. Nałóż pesto i daj pizzy chwilę, żeby lekko podrosła (ot takie średnie ciasto). W tym czasie nagrzej piekarnik do 240 stopni i przygotuj resztę składników - umyj rukolę, pokrój pomidory na bardzo cienkie plastry, a mozzarellę pokrój lub porwij. Na spód nałóż mozzarellę i pomidory. Piecz przez około 10 góra 15 minut. Gotową pizzę posyp oregano i nałóż na nią osuszoną rukolę. 

Dla mnie pycha i ten kolor. Smacznego!

piątek, 25 lipca 2014

Ser mi spleśniał i jestem z tego dumna!

Po dwóch miesiącach chorobowego wróciłam do pracy i z tej okazji domowy komputer obraził się na mnie na całej linii. Wystawił ozór, obrócił się na pięcie i postanowił przestać działać. Od tygodnia siedzi u reanimatora i póki co cisza (bo się reanimator urlopuje - ale ja cierpliwa jestem). Kilka zdjęć zostało więc do odwołania uwięzionych w obrażonym kompie. Plus, że kilka zostało na camowej komórce i moim pierwszym w miarę wyszniętym serem mogę się i tu pochwalić (bo na ryjbuku premiera już była). 

Na sery rzuciłam się kilka miesięcy temu. Wcześniej czasami bawiłam się w twarożki - ot mleko, trochę cytryny i tada! Teraz  uznałam, że czas na coś bardziej ambitnego (tym bardziej, że Cam wlazł mi trochę na ambicję tym swoim warzeniem piwa) - kupiłam podpuszczę i uznałam, że będę kombinować. Fakt, głównie na mleku pasteryzowanym - choć i z takim świeżym, niby prosto z wymion też ze dwa, trzy razy się bawiłam - ale co to za różnica, skoro znakomita większość dostępnych w sklepach serów właśnie z takie mleka zrobiona.  


Pierwsze trzy sery  typu camembert były zjadliwe, ale camemberta nie przypominały zupełnie. Bliżej w sumie im było do parmezanu, czy innego twardego sera, o bardzo wyrazistym aromacie. Niezłe w sumie, ale nie taki był plan, nie taki miał być efekt. Trudno mi się więc było podniecać. Kombinowałam z miejscem na dojrzewanie, z formowaniem, z podpuszczką, ba! nawet z rzeczonym mlekiem. I wreszcie się udało - winowajca - zbyt mała wilgotność, zbyt wysoka temperatura. Teraz moje sery dojrzewają w lodówce, nad talerzem z wodą i pod namiotem z mokrej gazy. I da się! Wszystko wskazuje na to, że tym razem i ser typu camembert mi wyjdzie. Jupi!

Ale pierwszy prawie taki jak trzeba to taki z niebieską pleśnią, na bazie regionalnego kamiennogórskiego.Ser spleśniał pięknie, minus, że nie ma pleśni w środku - źle nakłute, za małą powierzchnią, za ostrą - nie wiem jeszcze, ale na pewno się dowiem. A sam przepis na ser w sumie prosty: mleko pasteryzowane 3,2, kwaśna śmietana, podpuszczka i trochę sera do zaprawienia, do tego codzienne macanki i mnóstwo cierpliwości.

Ser smakował jak trzeba. Ostro, pleśniowo, z całkiem miłym finiszem. Środek miękki, miejscami lekko płynny, nie jak typowe, krojone sery typu rokpol. Pycha! A to oznacza, że dostałam kopa na rozpęd i już zaczynam planować następne.

Pleśniowy typu camembert dojrzewa, A w planach znowu niebieska pleśń, ale tym razem na blue stiltonie i postaram się, żeby pleśń i w serze się znalazła.

ps. A może ktoś poleci jakąś interesującą literaturę :)

piątek, 11 lipca 2014

Épi po polsku

Nie wiem czy mogę jeszcze coś dodać w kwestii tego, że kocham piec. Fakt, że nie ciasta, ale te bardzie powszednie wypieki: chleby, bułki to moje królestwo. I żeby nie było nudno, to czasem coś sobie urozmaicam, a to formę, a to treść. Tu zdecydowanie szło o formę i tak powstało épi o polsku. Nie do końca tradycyjna, francuska, pszenna bagietka, ale w formie kłosa, wiec jak w pysk strzelił épi.


Épi po polsku

Składniki:
200 g zakwasu żytniego o wysokiej hydracji
300 g mąki pszennej razowej
200 g mąki pszennej 550
150 g wody
1 łyżeczka soli
5 g drożdży

Przygotowanie: 
Wsyp do miski obie mąki. Wymieszaj je. Dodaj zakwas, sól, wkrusz drożdże i zacznij wyrabiać stopniowo dodając wodę. Ciasto wyrabiaj do uzyskania jednolitej masy o gładkiej powierzchni, która w miarę nie klei się do rąk. 

Przykryj miskę lnianą ściereczką lub folią spożywczą i odstaw na min. godzinę w ciepłe miejsce, by ciasto popracowało. Kiedy przyszłe bagietki podwoją swoją objętość, wyjmij ciasto na stolnicę, zarób lekko, podziel na dwie równe części i uformuj jak zwykłą bagietkę. Teraz ciasto znowu musi odpocząć i urosnąć. Zostaw je więc na mocno omączonej stolnicy i nakryj bawełnianą ściereczką, którą jednocześnie oddziel od siebie bagietki. 


Po około 30 minutach ciasto powinno wyraźnie wyrosnąć i wreszcie zaczyna się zabawa w épi. Bagietkę przełóż po przekątnej na dużą blaszkę wyściełaną papierem. Weź nożyczki i ponacinaj ciasto pod kątem 45 stopni co 10-15 cm (zależy jak duże bułeczki chcesz osiągnąć), pamiętając by nie rozciąć go do końca.  Tak powstałe kawałki ciasta przekładaj na przemiennie raz na prawą, raz na lewą stronę uzyskując w ten sposób piękny, chlebowy kłos. 


Daj mu odpocząć na około 10 minut. W tym czasie nagrzej piekarnik do 220 stopni i naparuj go. Épi przed włożeniem do piekarnika spryskaj wodą. Piecz przez ok 10 minut z parą, po tym czasie wypuść parę,  zmniejsz temperaturę do 200 stopni i dopiekaj przez około 15-20 minut do uzyskania złotego koloru pieczywa. Épi po wyjęciu z piekarnika ponownie spryskaj wodą i pozostaw na kratce do wystudzenia. 





wtorek, 8 lipca 2014

Lipcowa Piekarnia i bajgle w wersji slow

Uwielbiam bajgle. I choć ani razu nie pojawiły się na blogu, w domu gościły już kilka razy. Ta chrupiąca skórka i lekko ciągnący środek. Śniadaniowe pieczywo idealne, choć w ten weekend sprawdziły się różnie dobrze w wersji obiadowej z hamburgerami w środku. Kto jeszcze nie próbował, niech żałuje i zasuwa do kuchni i piecze.

Dzięki Amber  i Lipcowej Piekarni przepis na bajgle pojawia się i tutaj. Wreszcie... to Ci motywacja.





Bajgle w wersji slow:

150 g mąki typ 750
150 ml wody
szczypta drożdży
2 łyżki zakwasu pszennego (opcjonalnie)

Wszystkie składniki zmieszaj w misce i pozostaw do przefermentowania w ciepłym miejscu na kilka godzin (ok. 8). Następnie do zaczynu dodaj:

600 g mąki
350 g wody
2 łyżki miodu
1 łyżka soli
6,5 g drożdży suszonych

Ze wszystkich składników wyrób gładkie ciasto. Pozostaw je w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na godzinę, następnie przełóż na blat, rozpłaszcz i złóż na trzy jakbyś składał list a następnie na pół. Włóż ciasto do miski, przykryj ściereczką i umieść w lodówce na przynajmniej osiem godzin.


Po tym czasie podziel ciasto na ok 17 kawałków, uformuj z nich kulki i pozostaw na dwadzieścia minut. W każdej z kulek zrób palcem dziurkę. Aby ją powiększyć możesz zakręcić ciastem dookoła palca, tak jakbyś kręcił hula – hop. Tak przygotowane ciasto pozostaw do wyrośnięcia na 40 minut.

W dużym garnku zagotuj wodę (u mnie z dodatkiem serwatki). Nie musi być jej dużo, ważne żeby bajgle nie dotykały dna i swobodnie mogły się gotować. Do wody dodaj łyżkę miodu, melasy lub golden sirup (z braku laku, dodałam porządną łychę cukru trzcinowego). Delikatnie wrzuć wyrośnięte bajgle na wrzącą wodę. Gotuj z każdej strony po minucie. Następnie za pomocą łyżki cedzakowej przełóż na kratkę do wypieków lub ściereczkę.

Obgotowane bajgle posmaruj roztrzepanym jajkiem, zanurz z jednej strony w sezamie lub/i maku - my sypaliśmy czarnuszką, która sprawdziła się genialnie. Połóż ułóż na blaszce i piecz w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez od 20 – 25 minut do momentu, aż nabiorą złotego koloru.

Bajgle z lipcowej Piekarni na blogach:
Arnikowa kuchnia
Bajkorada
By było przyjemniej
Fabryka kulinarnych inspiracji
Forks’N’Canvas
Każdy ma jakiegoś bzika
Konwalie w kuchni
Kuchnia Alicji
Kuchnia Gucia
Kuchennymi drzwiami
Kulinarne przygody Gatity
Leśny Zakątek
Magia w kuchni
Moje małe czarowanie
Moje domowe kucharzenie
Nieład malutki
Nie tylko na słodko
Ogrody Babilonu
Para w kuchni
Poradniczanka
Smakowity chleb
Ugotujmy to
Zacisze kuchenne
Zakalce mego życia
i Kuchennymi drzwiami

czwartek, 3 lipca 2014

Dżem bananowy z truskawkami

Lubimy łowić promocje, nic nie smakuje tak dobrze, jak myśl, że kupiło się coś za połowę ceny :) Szczęśliwym trafem wpadło nam w łapki 5 kilogramów pięknych, dojrzałych bananów. Pierwsza myśl - wino bananowe - niestety moce przerobowe są wstrzymane przez piwnicę pełną zeszłorocznych nastawów, które dojrzewają do butelkowania. Nie wino, to przetwory - przepyszne dżemy bananowe. Szybkie, łatwe i pyszne! Z ponad 5 kilogramów owoców w skórkach (minus parę bananów pożartych w międzyczasie) uzyskaliśmy ok 21 małych słoików. Wersje, które powstały to: banan z truskawką i pieprzem, banan z malinami z nalewki, banan z ananasem.


I.  Banan z truskawkami i pieprzem:
Składniki:
- 1 kg obranych bananów
- 400 g słodkich truskawek
- łyżka stołowa pieprzu (użyliśmy czarnego)
- 50 g cukru waniliowego (domowy, powstały przez zasypanie lasek wanilii zwykłym cukrem)
- 350 g cukru
- opakowanie żelfixu 3:1

Przygotowanie:
Banany obieramy, kroimy lub w inny sposób rozdrabniamy (można np. tłuczkiem do ziemniaków), wrzucamy do garnka o grubym dnie i smażymy aż się zaczną rozpadać. Dodajemy truskawki pokrojone w połówki, lub wyjątkowo duże okazy w ćwiartki. Podsmażamy razem przez chwilę, aby truskawki również nieco zmiękły. Dodajemy grubo utłuczony w moździerzu pieprz (jeśli ktoś nie lubi takich eksperymentów i połączeń smaków - może pieprz ominąć). Dodajemy żelfix, doprowadzamy do zagotowania, następnie wsypujemy cukier i smażymy około 2 minut. Gotowy dżem pakujemy do małych słoiczków, zakręcamy, odstawiamy zakrętką w dół. Po wystudzeniu opisujemy słoiki i gotowe.

II. Banany z malinami nalewkowymi:
Składniki:
- 1 kg obranych bananów
- 400 g malin z zeszłorocznej nalewki
- 50 g cukru waniliowego (domowy, powstały przez zasypanie lasek wanilii zwykłym cukrem)
- 350 g cukru
- opakowanie żelfixu 3:1

Przygotowanie:
Tak jak przy bananach z truskawkami, jedyna różnica, że zamiast truskawek dajemy maliny.

III. Banany z ananasem
- 1 kg obranych bananów
- 1 sztuka dojrzałego, soczystego, słodkiego ananasa
- 50 g cukru waniliowego (domowy, powstały przez zasypanie lasek wanilii zwykłym cukrem)
- 350 g cukru
- opakowanie żelfixu 3:1

Przygotowanie:
Dla odmiany najpierw smażymy ananasa, gdy zmięknie, nieco się rozpadnie (można mu pomóc dolewając na początku nieco wody) dodajemy banany. Smażymy do czasu aż część bananów się rozpadnie, ale będą nadal widoczne cząstki nierozpadnięte. Następnie standardowo: żelfix, cukier, słoiki, zjedzenie.

Smacznego.

ps. Do zdjęć pozowała wersja 4 - z rodzynkami i żurawiną :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Grahamki na raz

Szybkie bułeczki, bo na drożdżach i to sporej ich ilości. Bardzo chrupiące i przez rozmiar faktycznie na jednego męskiego gryza. Nie wymagają tyle pracy co pieczywo na zakwasie, idealne gdy rodzi się potrzeba świeżego pieczywa. A smakują też niczego sobie... szczególnie kilka chwil po upieczeniu. 


Grahamki z żurawiną i słonecznikiem
Składniki:
250 g mąki pszennej
250 g mąki pszennej razowej
25 g drożdży piekarniczych
300-350 g wody
25 g ziarna słonecznika
25 g suszonej żurawiny
duża szczypta soli

Przygotowanie:
Mąki wymieszaj ze sobą w misce. Drożdże rozrób w 100 g ciepłej wody i wlej w zrobione wcześniej zagłębienie w mące i daj im chwilę, by zaczęły rosnąć. W tym czasie na suchej patelni upraż słonecznik i odstaw go do podstygnięcia. Kiedy drożdże zaczną się pienić, możesz zacząć zagniatać ciasto. Dodaj pozostałe 200 g wody oraz szczyptę soli. Ciasto zagniataj przez 5 - 10 minut, aż wszystkie składniki się połączą, a ciasto będzie elastyczny i lekko błyszczący (jeśli będzie zbyt zwarte dolej pozostałą ilość wody). Wrób ziarna słonecznika i żurawinę. Ciasto umieść w misce, przykryj ją bawełnianą ściereczką i dostaw w ciepłe miejsce, by bułki wyrosły.  Po ok. 1-1,5, kiedy ciasto podwoi swoją objętość, zagnieć je lekko i uformuj niewielkie bułeczki (u mnie 52-52 g). 


Ułożone na blaszce pokrytej papierem do pieczenia, zmocz obficie ciepłą wodą i odstaw do ponownego wyrośnięcia na ok. 30 min. Piecz w piekarniku na grzanym do 200-220 stopni przez około 20 minut - bułeczki powinny zrobić się wyraźnie rumiane.

czwartek, 26 czerwca 2014

Wspomnienia z V Festiwalu Dobrego Piwa we Wrocławiu



Już ponad miesiąc minął od Festiwalu Dobrego Piwa we Wrocławiu, a ja jak zawsze dopiero teraz zabieram się za napisanie jakiejkolwiek relacji. Leń, kontuzja... ale tłumaczyć się nie będę. Zresztą może to i lepiej, że napiszę już na spokojnie, bo przyznaję, że uczucia z tegorocznego Festiwalu wyniosłam mieszane.

Podobnie jak w zeszłym roku na Festiwal ruszyliśmy w sobotę. Wysiadka z pociągu na Głównym i przesiadka w tramwaj. Byliśmy zorganizowani i wiedzieliśmy czego chcemy spróbować. Pod stadion dojechaliśmy chwilę przed 12 i jakież było nasze rozczarowanie, że jeszcze nie wpuszczają... choć informacji żadnej, że obiekt otwarty dopiero od 12. Trudno - lekko spragnieni ruszyliśmy do sklepu po wodę i na spokojnie dotarliśmy pod wejście główne po 12.  I jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam, że i tak nie wejdę na teren Festiwalu, bo mam w plecaku półtoralitrową wodę mineralną. Trza wypić, wylać, cokolwiek, ważne, żeby w butelce była najwyżej połowa płynu... Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie wkurzyłam, bo co za sens - butelkę mogłam napełnić w każdym kiblu na stadionie. Mniejsza. Po szybkiej akcji przelewania, wylewania, wypijania... nareszcie się udało.


Zakup szkła, prześledzenie planu i mogliśmy zacząć halsować między stoiskami. Spróbowaliśmy łącznie 22 piwa. Ja celowałam w trunki tylu IPA, które w tym roku pokochałam i wybór był wręcz zatrważający. Ba! Bywały stoiska, przy których czegoś bez amerykańskich chmieli po prostu nie było. Camilos bardziej szukał ciemnych piw: porterów, stoutów... Niestety przyznać muszę (zresztą Cam. zgadza się ze mną w całej rozciągłości), że kilka ostatnich halsów między stoiskami polegała na poszukiwaniu czegoś nie w typu IPA. Przepiłam się, wygorzkniłam się, zachmieliłam się. I pewnie dlatego najbardziej zapadł  mi w pamięci Nowy Baran z Widawy - pszeniczniak, który był naprawdę miłą odmianą.

Niestety o 16 daliśmy za wygraną. Ilość ludzi sprawiała, że po degustacyjne 0,2 piwa trzeba było stać w kolejce godzinę, albo i dłużej. Uznaliśmy, że niewielka to przyjemność... ruszyliśmy więc w stronę tramwajów (ja lekko rozczarowana, bo liczyłam na zakup butelkowanego Milk Stouta z Pinty i Jurajskiego z ostropestem) i nasza decyzja okazała się strzałem w 10, bo wysypały się kolejne tłumy. My zaś ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, do jednego z wrocławskich sklepów z piwem rzemieślniczym. Tam szczęśliwie zaopatrzeni w dalsze trunki do degustacji (już domowej) powlekliśmy się na dworzec. I z premedytacją używam słowa "powlekliśmy", bo przecież nie byłabym sobą, gdybym wróciła z Festiwalu cała i zdrowa - tym razem podczas spaceru po wrocławskich uliczkach skręciłam kostkę. I tym sposobem tradycji stało się zadość.


Na koniec zaznaczę, że zmiana miejsca miała swoje plusy i minusy. Przy Zamku w Leśnicy na pewno były przyjemniejsze okoliczności przyrody, bardziej się można było rozproszyć, ominąć tłumy. Leśnica też ciut dalej niż stadion i mam wrażenie, że ludu tam tyle nie było... Fakt, może i pogoda miała na to swój wpływ, ale nie zmienia faktu, że zamknięta przestrzeń przy stadionie działała na mnie lekko klaustrofobicznie.  Wszechobecny beton, choć nieprzyjemny dla oka, jest zdecydowanie bezpieczniejszy niż zeszłoroczne błoto, więc tu się czepiać nie będę. No i toalety - ilość i jakość zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu niż tojtoje. Co do niedoinformowania festiwalowiczów i głupim przepisom bezpieczeństwa (woda) to wygadałam się wcześniej, tak na Festiwalu jak i tu. Martwi mnie tylko jedno... coraz więcej ludzi na imprezie. Tak, wiem, że im nas więcej, tym impreza według organizatorów lepsza, zyski większe itp., niestety dużo mniejsza przyjemność dla poszczególnych członków imprezy. I oby z Festiwalu Dobrego Piwa nie zrobił się spęd, bo tego nie zniosę.


A teraz lista spróbowanych piw (od razu zaznaczam, ze kolejność wynika z pierwszeństwa smakowania, a nie naszych subiektywnych odczuć):


Biała IPA, Czarna Wołga i Babie Lato z Artezana

Piwonauta i American Lager z Hausta

Kejter, Śrup oraz Jasny i Ciemny Dynks z Szału Piw

B-day 2.0 Milk Stout, Oki Doki, Roling Jack, Amber boy, Wiwa la Vita i Lublin to Dublin z Pinty

Kruk i Shark od Kopyra (choć liczyliśmy na Kreta, którego niestety nie było)

Cascade IPA i Kinky Ale z Doctor Brew
Czarny Kur i Nowy Baran z Widawy

Faktoria IPA z Browaru Faktoria









czwartek, 19 czerwca 2014

Pijany Irlandczyk


Lubię programy kulinarne, ale jeszcze bardziej lubię piec chleb. Ubolewam więc, że ominęła mnie większość odcinków programu Paula Hollywooda o pieczeniu chleba. Z trzech odcinków, coś tam jednak wyniosłam... a że Camilos właśnie butelkował swojego Stauta pomyślałam, że wynoszenie trzeba przenieść do kuchni i coś upiec. I tak powstał pijany Irlandczyk, czyli chleb sodowy na Stoucie wg przepisu Paula Hollywooda. 


Pijany Irlandczyk, czyli chleb sodowy na Stoucie
Składniki: 
200 g mąki pszennej chlebowej
550 g mąki pszennej razowej
300 ml Stouta
220 ml. maślanki
2 łyżki sody
1 łyżka soli
2 łyżki cukru trzcinowego

Przygotowanie:
Włącz piekarnik i nagrzej go do 220 st. C. W misce wymieszaj ze sobą mąki, sodę, sól i cukier. Do suchych składników dodaj piwo i maślankę i szybko zarób ciasto. Chleb wyłóż na oprószoną mąką stolnicę, zarób lekko i uformuj kulę. Bochenek połóż na na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Chleb spłaszcz dłonią i natnij na krzyż. Włóż do rozgrzanego piekarnika i piecz przez 10 min. w temperaturze 220 st. C, następnie dopiekaj przez około 25 min. w temperaturze 180 st. Kiedy chleb ładnie się zarumieni, ba zbrązowieje, jest gotowy. 


I nie zmieniam zdania, sodowy chleb najlepiej smakuje jeszcze ciepły., Dlatego zwykle lekko studzimy go na kartce i pałaszujemy na niedzielne śniadanie.