piątek, 25 lipca 2014

Ser mi spleśniał i jestem z tego dumna!

Po dwóch miesiącach chorobowego wróciłam do pracy i z tej okazji domowy komputer obraził się na mnie na całej linii. Wystawił ozór, obrócił się na pięcie i postanowił przestać działać. Od tygodnia siedzi u reanimatora i póki co cisza (bo się reanimator urlopuje - ale ja cierpliwa jestem). Kilka zdjęć zostało więc do odwołania uwięzionych w obrażonym kompie. Plus, że kilka zostało na camowej komórce i moim pierwszym w miarę wyszniętym serem mogę się i tu pochwalić (bo na ryjbuku premiera już była). 

Na sery rzuciłam się kilka miesięcy temu. Wcześniej czasami bawiłam się w twarożki - ot mleko, trochę cytryny i tada! Teraz  uznałam, że czas na coś bardziej ambitnego (tym bardziej, że Cam wlazł mi trochę na ambicję tym swoim warzeniem piwa) - kupiłam podpuszczę i uznałam, że będę kombinować. Fakt, głównie na mleku pasteryzowanym - choć i z takim świeżym, niby prosto z wymion też ze dwa, trzy razy się bawiłam - ale co to za różnica, skoro znakomita większość dostępnych w sklepach serów właśnie z takie mleka zrobiona.  


Pierwsze trzy sery  typu camembert były zjadliwe, ale camemberta nie przypominały zupełnie. Bliżej w sumie im było do parmezanu, czy innego twardego sera, o bardzo wyrazistym aromacie. Niezłe w sumie, ale nie taki był plan, nie taki miał być efekt. Trudno mi się więc było podniecać. Kombinowałam z miejscem na dojrzewanie, z formowaniem, z podpuszczką, ba! nawet z rzeczonym mlekiem. I wreszcie się udało - winowajca - zbyt mała wilgotność, zbyt wysoka temperatura. Teraz moje sery dojrzewają w lodówce, nad talerzem z wodą i pod namiotem z mokrej gazy. I da się! Wszystko wskazuje na to, że tym razem i ser typu camembert mi wyjdzie. Jupi!

Ale pierwszy prawie taki jak trzeba to taki z niebieską pleśnią, na bazie regionalnego kamiennogórskiego.Ser spleśniał pięknie, minus, że nie ma pleśni w środku - źle nakłute, za małą powierzchnią, za ostrą - nie wiem jeszcze, ale na pewno się dowiem. A sam przepis na ser w sumie prosty: mleko pasteryzowane 3,2, kwaśna śmietana, podpuszczka i trochę sera do zaprawienia, do tego codzienne macanki i mnóstwo cierpliwości.

Ser smakował jak trzeba. Ostro, pleśniowo, z całkiem miłym finiszem. Środek miękki, miejscami lekko płynny, nie jak typowe, krojone sery typu rokpol. Pycha! A to oznacza, że dostałam kopa na rozpęd i już zaczynam planować następne.

Pleśniowy typu camembert dojrzewa, A w planach znowu niebieska pleśń, ale tym razem na blue stiltonie i postaram się, żeby pleśń i w serze się znalazła.

ps. A może ktoś poleci jakąś interesującą literaturę :)

10 komentarzy:

  1. Cudna pleśń!
    Czekam na kolejne i na...przepisy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będą i następne. A jak wszystko wreszcie pójdzie tak jak trzeba to i przepisy się pojawią.

      Usuń
  2. Nie mogę się do sera z pleśnią przekonać, jakoś tak...
    Ale Ciebie podziwiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) I mnie przekonywać do pleśniowych nie trzeba - uwielbiam nawet te bardzo śmierdzące :)

      Usuń
  3. Piękny!:)
    Też byłabym dumna:)
    Podaj adres @ to wyślę Ci "Praktyczne serowarstwo" Licznerskiego.
    Chyba że masz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie. Licznerskiego mam, ale strasznie to ciężkie w odbiorze, a na warunki domowe to już w ogóle.

      Usuń
    2. A myślałam, że tylko ja mam problem z tą książką;)

      Usuń
    3. Nie, cięszka jest jak diabli. Przebrnięcie przez nią to zadanie dla masochistów.

      Usuń
  4. pleśń namalowała piękny obraz:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja zrobiłam Goudy i jedna....Jest kwaśnym Camebertem!:)Ot i czary z mleka!Twój wygląda świetnie!:)

    OdpowiedzUsuń